Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 kwietnia 2012

The Cabin in the Woods Explained

 Pastisz, reinterpretacja, groteska to środki, jakimi muszą się bronić twórcy filmowi, by utrzymać zainteresowanie widza. Twórcze podejście do, jak wydawałoby się, oklepanej konwencji zastosował niedawno Wes Craven, czego skutkiem był udany powrót z "Krzykiem 4". Kiedy przed kilkoma tygodniami pojawiały się zapowiedzi "Domu w głębi lasu" ("The Cabin in the Woods"), nikt nie dawał mu wielkich szans. 

Stereotypowy tytuł, banalna fabuła i postacie, czyli kolejny horror kończący się śmiercią grupy przyjaciół, którzy na własne życzenie obrali sobie odcięty od świata domek w samym sercu puszczy, gdzie nawet GPS-y stają się bezradne. Po premierze okazało się, że film nie tylko zbiera entuzjastyczne recenzje, ale przez wielu uznawany jest za rewolucję w gatunku horroru.

Ci, którzy woleliby najpierw obejrzeć film, bez sugerowania się narzuconymi interpretacjami, powinni w tym miejscu przerwać czytanie, natomiast ci, którzy po seansie zadają sobie pytanie, o co tak naprawdę chodziło, niech kontynuują lekturę.

"Dom w głębi lasu" przypomina filmy z pogranicza symulowanej rzeczywistości, nadrealizmu i mitu, a także te dzieła, których autorzy pochylali się nad pytaniem o granice naszej prywatności i wolności w inwigilowanym społeczeństwie, takie jak: "Cube", "Videodrome" czy "My Little Eye". Tytułowy domek to tak naprawdę labirynt zamieszkiwany przez istniejących od zarania ludzkości bogów, którzy żądni są krwawych ofiar ludzkich. Grupa młodych przyjaciół zostaje niejako zwabiona do tego miejsca i zmanipulowana przez panów w centrum dowodzenia. W szerszej perspektywie "bogami" jesteśmy my sami, czyli publiczność żądna nowych wrażeń i możliwie brutalnych scen, które mają nam zapewnić właściciele stacji telewizyjnych, jeśli chcą, by ich biznes przetrwał. W ten sposób "Dom..." doskonale wychwytuje i przedstawia wszelkie stereotypy, jakimi posługują się twórcy horrorów i standardowe konstrukcje akcji, np. bohaterowie w pewnym momencie postanawiają się rozdzielić, mimo iż na początku ustalili, że będą się trzymać razem.

Tak więc, tak jak "Postrach nocy" okazał się udanym remakiem i pastiszem filmów wampirycznych, tak "Dom..." doskonale wpisuje się w parodystyczne podejście do tradycyjnych slasherów.

Więcej o tym filmie i wielu innych horrorach na forum: http://ossuary.best-horror-movies.com/

piątek, 30 marca 2012

Nuty ''MARIEKE, MARIEKE'' nie do końca czyste?


Debiut Sophie Schoukens, który dzisiaj wchodzi na ekrany polskich kin, rozbudza apetyt na wiele, ale ucztą intelektualną nie jest.



"Marieke, Marieke" to film głęboko osadzony w emocjach. Kobiecy i intuicyjny. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że reżyserująca obraz Sophie Schoukens wzorowała się w portretowaniu surowej relacji matka-córka na filmach Hanekego, a po części na melancholijnych obrazach Sophii Coppoli. Jednocześnie scenariusz jest równie beztroski jak główna bohaterka filmu. Miejscami może irytować również sposób narracji prowadzonej w postaci synestetycznego strumienia świadomości, na który składa się potok obrazów, skojarzeń i wspomnień. Jednak sympatycy klimatycznych, lekko marzycielskich obrazów utkanych z lekkich niedopowiedzeń powinni być usatysfakcjonowani z seansu.



Film skupia się wokół przeżyć Marieke, 20-letniej dziewczyny, która na co dzień pracuje w fabryce czekoladek i mieszka ze swoją matką, która po śmierci męża zdystansowała się wobec świata i okazuje szczątkowe emocje wobec córki. Marieke, jak każda wkraczająca w dorosły świat osoba, pragnie odnaleźć swoje miejsce w rzeczywistości, określić swoją tożsamość. Tylko jak to osiągnąć, jeśli nie zna się swojej przeszłości? Właściwym słowem opisującym relację matki i córki byłoby po prostu "przywiązanie". Marieke praktycznie nie pamięta swojego ojca. Pozostały jej tylko skrawki wspomnień i słowa matki dotyczące jego śmierci. Dopiero gdy na horyzoncie pojawia się Jacoby, dawny przyjaciel ojca Marieke i wydawca jego dzieł, którego z dziewczyną łączy niezwykła więź, Marieke stopniowo dojrzewa i odkrywa zaskakującą prawdę o sobie i swojej przeszości, która dotychczas tłumiła jej rozwój.

Jedyną naprawdę ciekawą rzeczą w filmie Schoukens jest kontrast, jaki stanowią wobec siebie matka i córka. Pierwsza z nich to kobieta dojrzała, po przejściach, która nie jest gotowa, by otworzyć się na nową relację po śmierci małżonka. Powściągliwa, a nawet dosyć oziębła, sceptycznie podchodzi do kolejnych pomysłów córki. Marieke to jej zupełne przeciwieństwo, czy -- jak mogłoby się wydawać -- młodsza wersja, tryskający życiem i entuzjazem Eros. Co ciekawe, dziewczyna spełnienia szuka w związkach z dużo starszymi mężczyznami, co wręcz niebezpiecznie ociera się o gerontofilię. W relacjach z dojrzałymi mężczyznami odnajduje jednak to, czego brakuje jej w młodszych przedstawicielach płci przeciwnej: ciepło, zrozumienie i wolność. Jej fascynacja starszymi mężczyznami odzwierciedlenie znajduje w fotografii -- dziewczyna namiętnie portretuje fragmenty ciał mężczyzn, w ramionach których szukała ukojenia. Obrazy te są niczym elementy układanki przedstawiającej tożsamość Marieke: fragmentaryczną i ukazującą poszczególne elementy w wielkim zbliżeniu, niedającym obrazu całości.



Wobec "Marieke..." żywię nadal mieszane uczucia: podczas seansu miałam permanentne uczucie déjà vu, a z drugiej strony niektóre ze scen chłonęłam szczegół po szczególe i mogłabym analizować klatka po klatce. Jest to z pewnością dzieło impresyjne; ogląda się je trochę jak wystawę fotografii, z których każda prezentuje wybrany wycinek rzeczywistości, mocno skupiony na szczególe. Na pewno jest to debiut udany, pozostawiający nadzieję na więcej. Jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że póki co przesłanie filmu jest niczym sama Marieke: nie do końca dojrzałe i lekko egzaltowane.

piątek, 17 lutego 2012

Czar złotej epoki kina. Recenzja "Artysty"

Historia podobno lubi się powtarzać, a dobry film jest niczym wino -- im starszy, tym lepszy. "Artysta" jest prawdziwą ucztą dla kinomana o wyrobionym guście i dorasta do pochwał wynoszących go do rangi arcydzieła.

"Artysta" powstał z nostalgii i pragnienia stworzenia czegoś nowatorskiego. Paradoks? Francuski reżyser nie wątpił ani chwilę w powodzenie tego projektu. Michael Hazanavicius wielokrotnie podkreślał, że jego ambicją było stworzenie obrazu, który w wyrafinowany sposób nawiązywałby do złotej epoki kinematografii, a jednocześnie spełniałby oczekiwania współczesnych widzów. Zaznaczyć trzeba, że sentyment do kina niemego i czarno-białego obrazu to jedno, a intrygująca i wcale nie infantylna fabuła to drugie. Trudno się bowiem nie zgodzić, że oglądanie filmowych klasyków może być męką dla dzisiejszej widowni i to nie wynika bynajmniej z braku artystycznej wrażliwości czy standardów, do jakich przyzwyczaiło nas współczesne kino, ale też z faktu, że zmienił się świat w jakim żyjemy. Stąd też mało kogo śmieszą infantylne gagi rodem z komedii slapstickowej i mało kto czuje satysfakcję intelektualną, czytając urywki zdań z planszy i domyślając się i tak nieskomplikowanych dialogów bohaterów z ruchu ich ust. Dlatego do tego mariażu teraźniejszości i przeszłości byłam nastawiona sceptycznie. Jak się okazało, Hazanavicius nie tylko stworzył prawdziwą perełkę starannie dopracowaną pod kątem montażu, dźwięku i aktorstwa, ale też zdołał dokonać rzeczy iście nowatorskiej: tchnąć życie w formę filmu niemego.

Tytułowy artysta to George Valentin (nazwisko nawiązuje zapewne do Rudolfa Valentino), czołowa gwiazda kina niemego (w tej roli doskonały Jean Dujardin o wyglądzie amanta z lat 20.). Przypadkowo spotyka on Peppy Miller (w tej roli równie doskonała Bérénice Bejo), młodą tancerkę, która marzy o hollywoodzkiej karierze filmowej. Los chce, że drogi tych dwojga schodzą się na planie filmowym. Gwiazda George'a błyszczy jednak do czasu, kiedy producent nie pokaże mu pierwszego filmu dźwiękowego. Artysta nie chce o tym słyszeć. Wszak nie jest marionetką. Jednak nadejście nowego medium staje się życiową szansą dla młodej Peppy...

Scenariuszowo Hazanavicius nie odchodzi od konwencji kina niemego; w strukturze filmu można łatwo wyróżnić wprowadzenie, dosyć stereotypowy rozwój akcji, punkt kulminacyjny i rozwiązanie. Co ciekawe, filmowe dénouement, nie do końca przewidywalne, utrzymane jest w zaskakująco dobrym guście i nie stanowi prostego odniesienia do sytuacji zarysowanej w pierwszych scenach filmu. Otrzymujemy historię na pograniczu romansu, musicalu i dramatu, a wszystko to w oparciu o oryginalny pomysł zderzenia, a następnie mariażu przeciwstawnych technik filmowych.

Reżyser podaje wytworny produkt opakowany wybitną muzyką, który nie ma stymulować nas do rozważania człowieczej kondycji czy doszukiwania się w prostych dialogach wartości intelektualnej. Sam Hazanavicius mówił, że "Artysta" to laurka, list miłosny do kina. Na całokształt wpływ miała zarówno twórczość Hitchcocka, Murnaua, Langa, Forda, Lubitscha czy Wildera. To jakby magiczna, sentymentalna podróż w czasie do złotej epoki, do początków kina, a przeszłość zawsze niesie ze sobą pewien element sentymentalny. To film dla tych, którzy dadzą się oczarować dźwiękom klasycznej muzyki, tanecznym ruchom oraz emploi aktorów kina niemego. "Artysta" ma poruszać czułe struny duszy u tych, którzy kino umiłowali z całym jego anturażem. 

artykuł można również przeczytać na serwisie wiadomosci24.pl

wtorek, 10 stycznia 2012

"W telewizji mówi się o takich jak ja..."

"Musimy porozmawiać o Kevinie" ("We Need to Talk About Kevin'') przeraża bardziej niż niejeden horror, jako że kontynuuje dyskusję na temat banalności zła -- temat dobrze nam znany w różnorakich ujęciach. Lecz tym razem w centrum uwagi nie znajduje się wyłacznie nastolatek wymachujący bronią, lecz pytająca matka.
Szkocka reżyserka Lynne Ramsay, znana dotychczas węższej publiczności z mocnych obrazów takich jak "Morvern Callar" oraz "Nazwij to snem" ("Ratcatcher"), tym razem wzięła na warsztat powieść Lionela Shrivera z 2003 r. Efekt: intensywna, a przez to znakomita mieszanka dramatu, thrillera i horroru. Tytułowy Kevin już od dnia narodzin ma w sobie demoniczne rysy i wyjątkowo zimne, pałające nienawiścią spojrzenie. Wydawać by się mogło, że urodził się, by czynić zło, że nie ma dla niego ratunku. Od początku sprawia problemy, gdzie się pojawi -- przejawia destrukcyjne skłonności. Wiele czasu upłynie, zanim zacznie mówić. Milczy z wyboru. By złamać bezradną matkę. Jakże więc pełnego znaczenia nabierają w tej sytuacji słowa Freuda: "Dzieci nie są złośliwe. Są złe".

RODZICIELSKA SKAZA?

Ale i matka -- Eva -- (bardzo przekonująca Tilda Swinton) w niczym nie przypomina rozpływającej się w zachwytach nad pociechą rodzicielki ("Gdyby nie ty, mama mogłaby teraz być we Francji"). Poprzez szereg reminiscencji i skrawków wydarzeń z przeszłości uzyskujemy pełniejszy obraz rodzinnej historii. Oto wzorcowa rodzina amerykańska: matka, ojciec i syn (w późniejszym etapie także córka). Dobroduszny i niekonfliktowy ojciec (doskonały w tej płytkiej kreacji John C. Reilly) jest wpatrzony z uwielbieniem w Kevina, wzorowo wypełnia swoją rolę i klepie pociechę po ramieniu, wierząc, jak większość z nas, że dzieci są niewinne, słodkie i należy im wiele przebaczać. Kevin przy ojcu staje się inną osobą, nakłada maskę dobrego syna. Prawdziwe napięcie widać we wzajemnych relacjach matka - Kevin. Tylko ona traktuje go od początku jak równego przeciwnika. Z jednej strony stara się mu nieudolnie okazać matczyną troskę i pyta siebie, czym zasłużyła na nienawiść z jego strony; z drugiej jednak nie jest w stanie okazać empatii i widzi we własnym dziecku zagrożenie. A Kevin kontynuuje grę. Stopniowo, ale konsekwentnie i z pewnością socjopaty przeraża Evę coraz bardziej: poczynając od odmowy podania piłki, poprzez dziwne wypadki w domu aż do pewnego dnia... Szkody, które wyrządza Kevin to nie dziecięca złośliwość czy oznaka młodzieńczego buntu. Ich skutki są nieodwracalne: to zło w czystej postaci.

W KIERUNKU JĄDRA CIEMNOŚCI

Film stwarza wrażenie dosyć powierzchownego, ale po pewnym czasie można stwierdzić, iż to tylko złudzenie. Charakterystyczna klaustrofobiczność i ograniczenie przestrzeni akcji wynika ze specyficznego sposobu prowadzenia narracji z perspektywy przeżyć wewnętrznych Evy. Przeplatające się ze sobą retrospekcje i wydarzenia współczesne oraz nasycone kolory (niebieski i czerwony) tworzą specyficzny klimat obrazu. Przeszłość funkcjonuje niczym belle époque nosząca symptomy kryzysu. Istnieje już tylko w obrazach i nie ma odwrotu.

"Musimy porozmawiać o Kevinie" zręcznie wpisuje się w tematykę obrazów o wyzutych z emocji dzieciach nowej ery, niemniej jednak nie powtarza elementów materii już znanej. Film ogląda się jak dobry, fabularyzowany dokument. Chociaż rozwiązanie historii nie zaskakuje, chcemy towarzyszyć Evie do końca. Kevin wiele ma wspólnego z Bennym z przerażającego "Benny's Video" Michaela Hanekego, tyle że w roli winowajcy nie występuje współczesna kultura i wszechobecne media. Kevinowi w zasadzie bliżej do bohaterów pamiętnego "Słonia" w reżyserii Gusa van Santa, nawiązującego bezpośrednio do masakry w Columbine High School. Problem niepozornego nastolatka, który pewnego dnia zjawia się w szkole z bronią, by krwawo rozprawić się z kolegami analizował już Michael Moore w swoim dokumencie ''Zabawy z bronią'' (ang. ''Bowling for Columbine'', 2002). A może w kontekście bieżących wydarzeń możemy w wyrachowanym Kevinie dostrzegać rysy Breivika? Czy jednak zagubionego nastolatka, który rozpaczliwie woła o uwagę?

 Pytanie o przyczyny zła pozostaje bez odpowiedzi. Tak jakby Ramsay chciała zasugerować, że może być ono samoistne.


sobota, 7 stycznia 2012

Przekroczyć granicę przeznaczenia

Film jest niepozorny: produkcja holenderska, rocznik '88, leniwie rozwijająca się akcja i nie pozwalająca na zbyt wielką innowację w podejściu do tematu fabuła.  Mimo to obok "Zaginięcia" ("Spoorloos") George'a Sluizera nie sposób przejść obojętnie.

Parę Holendrów -- Saskię i Rexa śledzimy podczas ich podróży po Francji. Historia rozwija się stopniowo, towarzyszymy im w drobnych konfliktach, napięciach, niezobowiązujących rozmowach i leniwie płynących chwilach. Gdy już nasza czujność zostaje uśpiona, Saskia znika w niewyjaśnionych okolicznościach podczas postoju na stacji benzynowej. Rexa dręczą liczne pytania: Jaki był motyw? Czy ktoś jej pomógł? A przede wszystkim: Czy Saskia żyje? 

Poszukiwania trwają dni, miesiące, lata. Rex w nich nie ustaje, staje się to dla niego wręcz pewnego rodzaju obsesją. Aż nadchodzi dzień, gdy sprawdzają się jego przypuszczenia i staje oko w oko ze sprawcą. Jest nim Raymond -- przykładny, nieco zamknięty we własnym świecie ojciec i wykładowca. Zdobycie odpowiedzi na kluczowe pytanie wydaje się blisko. Jednak Raymond nie zamierza rezygnować z rozpoczętej gry. Jest tylko jeden sposób, by poznać prawdę: przeżyć ją. Miotany sprzecznymi uczuciami nienawiści, a jednocześnie bezradności i żądzy odkrycia prawdy na temat przeszłych wydarzeń Rex decyduje się na desperacki krok i towarzyszy Raymondowi w podróży do samego jądra ciemności, poznając szokującą filozofię mizantropa, a jednocześnie uczestnicząc na żywo w rekonstrukcji wydarzeń z przeszłości aż do samego finału...

"Zaginięcie" to jedna z nielicznych pozycji, które powolną ekspozycję tematu sowicie wynagradzają rozwiązaniem akcji. Zdecydowanym atutem okazuje się nielinearny sposób narracji: najpierw poznajemy okoliczności zaginięcia, następnie sceny z życia sprawcy, przeplatane przebłyskami z jego przeszłości, by przenieść się do współczesności, kiedy to Raymond opowiada Rexowi, co zaszło przed laty. W pewnym sensie postać nudnego z pozoru socjopaty jest fascynująca: niczym pająk przez lata planował swój czyn, dochodził do niego stopniowo, tkał sieć, by następnie wybrać ofiarę. Przy tym zbrodnia nie była planowana. Raymond chce udowodnić sobie swoją wartość przez zdolność do popełnienia czynu stanowiącego przykład najwyższego zła. Nie chodzi o ''zwykłe'' morderstwo. Chodzi o to, by przekroczyć to co jest zapisane, oszukać własne przeznaczenie. A czym ono jest jeśli nie przypadkiem? Bo jeśli zadecyduję, że czegoś nie zrobię lub że coś zrobię, to skąd wiadomo, który wybór jest mi pisany, a który będzie stanowił zmianę biegu losu? 

Polecam zwłaszcza dla sceny kulisów porwania, która ukazuje jak wiele zbiegów okoliczności uczyniło z Saskii ofiarę absolutnego planu Raymonda. Inteligentne kino, które mocno chwyta.

niedziela, 18 września 2011

Shelter/ Inkarnacja

Osobowości mnogie, schizofrenia, traumy dzieciństwa i inne psychologiczne dolegliwości - wydaje się, że horrory w większości wyczerpały już spektrum DSM-IV. 

Nowością nie jest również odwoływanie się do lokalnych mitologii, podań ludowych czy wierzeń zamkniętych społeczności. "Shelter" (w polskiej, narzucającej już interpretację wersji, "Inkarnacja") jako produkt komercyjny dobrze wpisuje się we współczesną kulturę remiksu: zgrabnie łączy poszczególne wątki oparte na znanych motywach i trzyma przy tym w napięciu. Nie do końca zachwyca, ale na pewno nie pozwoli przerwać seansu w połowie.

Obraz zyskuje na obsadzie: oto pod opiekę ambitnej psychiatry Cary (Julianne Moore) dostaje się niejaki David/Adam (Jonathan Rhys-Meyers). Wkrótce okazuje się, że sama psychologia nie jest w stanie dać odpowiedzi w obliczu śmierci kolejnych osób. Cara będzie musiała skonfrontować swój dotychczasowy światopogląd, by ratować najbliższe osoby. Szwedzcy reżyserzy (Björn Stein, Måns Mårlind)
zdecydowali się wpleść w historię wątek nadnaturalny, przez co historia wykazuje elementy podobieństwa wobec "Ringa". Nie sposób jednak pozbyć się wrażenia, że upakowanie dwóch zupełnie różnych stylistyk w jednym filmie to ryzykowny pomysł. Całość rozpoczyna się jak rasowy thriller psychologiczny, by niemal przed finałem wykonać niebezpieczny zakręt w kierunku paranormalnej fantazji w stylu "Zgromadzenia" czy "Osady". Jednak mimo pewnych niedostatków scenariuszowych film utrzymany jest w konsekwentnej, mrocznej stylistyce, a bardzo sobie cenię, jeśli horror jest w stanie "zachować twarz". Poza tym, twórcy zachowali tyle niezależności, by postarać się o zakończenie, które naprawdę wynagradza ewentualne braki filmu.



Polska premiera: 23 września 2011r.
Podobne rekomendacje: "Dead Silence", "Case 39", "Session 9"

środa, 14 września 2011

Kiedy rozum śpi...


Mówi się, że własny dom jest najbezpieczniejszym miejscem dla każdego człowieka – azylem, który pozwala zrzucić maskę życia codziennego. Odwrotna zasada zdaje się obowiązywać w kinie. Front kamienicy jakich wiele, poszarzały tynk. Kręte, wtopione w mrok schody i przypominające labirynt korytarze. Twoją jedyną bronią jest umysł. Kiedy zamykają się za tobą drzwi, budzą się upiory. 
 
Mało znany w Polsce thriller psychologiczny Drzwi obok (Naboer) z 2005 roku, trzeci film fabularny Påla Sletaune'a, stał się prawdziwym przełomem w jego karierze i przyniósł temu norweskiemu reżyserowi uznanie w kraju i za granicą. Filmowi dało to miejsce pośród takich klasyków gatunku kina skandynawskiego jak De dødes tjern Kårego Bergstrøma. Mroczne przestrzenie i niezwykle sugestywne dialogi oraz gra aktorów sprawiają, że filmowa fikcja Drzwi obok – słusznie nazywanych „Alicją w krainie czarów dla dorosłych” – przybiera podwójne oblicze: jawy i snu. Głównego bohatera – Johna (Kristoffer Joner) rzuca dziewczyna. Tego samego dnia mieszkająca na końcu korytarza kobieta prosi go o wyświadczenie jej przysługi. Anne (Cecilie Mosli) mieszka razem z Kim (Julia Schacht), którą nazywa swoją siostrą. Drzwi barykadują szafą. Na pytania Johna odpowiadają kolejnymi pytaniami, które wkrótce przekształcają się psychologiczną grę rodem z Maga Johna Fowlesa. Stopniowa dezorientacja zaczyna ustępować erotycznej fascynacji, która znajduje ujście w głęboko skrywanych fantazjach Johna. Dwie kobiety, niczym boginie o hipnotyzujących spojrzeniach, stają się przewodniczkami bohatera po imaginarium własnych pragnień. Dlaczego tylko nie pamięta niczego, choć wszystko wydaje się tak znajome?

W niespełna 80 minutach Sletaune'owi udało się stworzyć symboliczną przestrzeń izolacji, podobną do Lokatora Polańskiego, na którą składają się skrzypiące windy, klaustrofobiczne pomieszczenia i wąskie korytarze wiodące do nieznanych drzwi. Błądzący John przypomina bohatera Kafkowskiego poruszającego się w labiryncie własnych urojeń. Tyle tylko, że mimo iż prawda i fikcja mogą się wzajemnie przenikać, świat zewnętrzny nie jest iluzoryczny. Tam czeka Johna konfrontacja z wypartą przeszłością – sam będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytania, które otworzą drzwi do prawdy o sobie i własnej winie. 
 
Film jest wysmakowaną mieszanką motywów pozornie znajomych. Sletaune używa jednak gotowych elementów układanki na własny sposób, uciekając się do niestandardowych rozwiązań, czym zasłużył sobie na miano jednego z najbardziej charakterystycznych twórców współczesnego kina (zwłaszcza po premierze Doręczyciela [Budbringeren]). Już od pierwszych scen, poprzez umiejętne kadrowanie, reżyser wprowadza nas w mroczny świat miejskiej kamienicy. Przesycony dziwną, na poły senną logiką klimat potęguje niepokojąca muzyka. Fabuła zawiązuje się już od pierwszych scen i skutecznie wciąga w otchłań kamienicy. Najbardziej fascynująca jest ta zawieszona w atmosferze nieokreśloność. Zagadkowy jest też magnetyzm dialogów balansujących na granicy kokieterii, irracjonalnej logiki snu i odwzajemnionej niepewności. Sam reżyser mówi o swoim dziele w ten sposób: „To wariacja na temat dość powszechnego koszmaru: pewnego dnia odkrywasz drzwi do sąsiedniego mieszkania. Przekroczenie ich progu powoduje, że znajdujesz się w świecie, w którym reguły normalnego świata nie mają zastosowania. To, co tam odkrywasz, jest odrażające i jednocześnie przyciąga. Znajdujesz się w świecie, w którym musisz stawić czoła swym najgłębszym lękom. To najbardziej fascynujące, a zarazem przerażające doświadczenie twego życia”. Film Naboer to podróż do najbardziej tajemniczego miejsca na świecie – w głąb własnej duszy. To film o wstydzie, niedopuszczaniu prawdy do świadomości, wreszcie o przekraczaniu granic. Aż do zaskakującego finału...

Drzwi obok [Naboer] (2005), reż. Pål Sletaune

piątek, 2 września 2011

Postrach nocy/ Fright Night

Chociaż tego w żadnym wypadku po takim filmie bym się nie spodziewała, przedpremierowy pokaz "Postrachu nocy" skłonił mnie do kilku ogólniejszych refleksji. 

Po pierwsze, czy dzisiejsze kino, rządzące się kapitalistycznymi prawidłami, jest w stanie zaproponować widzowi jakość oraz czy widzowie, mając co piątek do wyboru kilka premier, dostrzegą godne uwagi produkcje, które zostałyby na dłużej w ich pamięci? Otóż to. Wolny rynek prowadzi do segregacji gustów, więc ci, którzy wolą smakować powoli, mają kina studyjne, natomiast ci, którzy postrzegają kino jako, nazwijmy to, fascynującą machinę przemysłu rozrywkowego, wybierają multipleksy. Zazwyczaj tak, ale nie brnijmy w generalizacje. 
 
 ANTIDOTUM NA STARE ZAGRANIA
 
Po drugie, skoro w kinie prawie wszystko już było, to zgodnie z duchem postmodermy, możliwe jest jedynie tworzenie przypisów do dzieł istniejących. Oczywiście na różne sposoby: reinterpretacja, kontynuacja, luźne nawiązanie czy pastisz. Reżyser Craig Gillespie wyciągnął właściwe wnioski z tej obserwacji i oto otrzymał receptę na "weekendowe kino": niskobudżetowa obsada + jedna gwiazda (oczywiście Farrell, skądinąd doskonale dobrany), modny wątek wampiryczny i elementy humorystyczne. Pomysł na scenariusz oczywiście sprawdzony, bo oparty na filmie pod tym samym tytułem z 1985 roku. Ci jednak, którzy sądzili, że Gillespie będzie epigonem reżysera "Zmierzchu", będą zaskoczeni. 



WZIĄĆ STRACH NA DYSTANS
Twórca "Postrachu nocy" poszedł jedyną, jak się zdaje dla składników wyjściowych jakie posiadał, właściwą drogą realizacji projektu. Pastisz. Wampiryzm zostaje wzięty w nawias, a wszelkie odniesienia popkulturowe do tego wątku tylko potęgują zabawny efekt. Nie mamy tutaj jednak do czynienia z parodią na miarę "Strasznego filmu". Jest to raczej historia na poważnie, jak w "Krzyku 4" z nielicznymi elementami, które dają nam odczuć, że reżyser puszcza do widza oko. O porównaniach ze "Zmierzchem" nie może być mowy, raczej jest to wyprawa w rejony bliższe "Miasteczku Salem", "Pozwól mi wejść" czy nawet "30 dniom mroku". Tyle że mniej na serio. Za to z premedytacją.

więcej w zakładce Movie Soundtracks

wtorek, 23 sierpnia 2011

Passione: Namiętność nutami malowana

"Passione" nie jest filmem dla każdego. Albo ogląda się je z nastawieniem, że czeka nas musical-dokument, albo trzeba być niesłychanie wrażliwym na muzykę, aby nie wyjść z seansu rozczarowanym (co i tak jest mniejszą porażką niż opuszczenie sali w połowie projekcji, a na tym filmie często się to zdarzało). Dlatego film ocenię z dwóch punktów widzenia, bo zarówno racje zwolenników jak i przeciwników są uzasadnione, chociaż o tych drugich mało się w mediach słyszy.

+++
Passione przesycone jest muzyką. Film dźwiękami ocieka, oddycha, dzięki nim żyje, a co ważniejsze, muzyka doskonale oddaje klimat Neapolu i mentalność mieszkańców. Przynajmniej tak twierdzą ci, którzy Neapol odwiedzili. Jest być może w tej nostalgii nuta idealizacji, jednak Turturro dobrze kreśli rzeczywistość miasta, naznaczonego mieszanką kultur, które łączą się w harmonijnym unisono. Neapol rzeczywiście jawi się nam jako namalowany za pomocą dźwięków.
--__--__--__
Film zasadniczo fabuły nie posiada, co gorsza, konkretnego zamysłu konstrukcyjnego również nie. Właściwie jest  to luźna impresja połączona z komentarzem reżysera. Poza tym, dosyć miernym chwytem marketingowym jest opatrzenie filmu hasłem: "Film ulubionego aktora braci Cohen".

środa, 10 sierpnia 2011

21 Gramów/ 21 Grams

Kilka faktów na temat ludzkiej duszy:
  • Podobnie jak w poprzednim filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu - "Amores perros"- w "21 gramach" splatają się ze sobą trzy wątki.
  • Przedstawione są one w nielinearny sposób z punktu widzenia przeszłości, przyszłości i teraźniejszości
  • Tytułowe 21 gramów odnosi się do ciężaru jaki traci ciało dokładnie w momencie śmierci. Hipotezę, że jest to waga ludzkiej duszy, wysunął w 1907 roku Dr. Duncan MacDougall. Jej naukowa wartość nie została potwierdzona.
  • Ze względu na mozaikową fabułę złożoną z pozornie niepowiązanych elementów film można zakwalifikować do gatunku "hyperlink cinema", do którego należą również "Pulp Fiction", "Magnolia" czy "Hereafter".
  • Każda z historii, a nawet jej poszczególne fragmenty, nagrywana była na odpowiedniej do nastroju taśmie, przy określonym (miękkim lub bardziej surowym oświetleniu)
  • Artykuły naukowe zainspirowane filmem: ABC Science
  • http://www.snopes.com/religion/soulweight.asp 
  • Film zyskał ogólną ocenę 81% na Rotten Tomatoes
  • Memorable film quotes: How many lives do we live? How many times do we die? They say we all lose 21 grams... at the exact moment of our death. Everyone. And how much fits into 21 grams? How much is lost? When do we lose 21 grams? How much goes with them? How much is gained? How much is gained? Twentyone grams. The weight of a stack of five nickels. The weight of a hummingbird. A chocolate bar. How much did 21 grams weigh?
  • Jesus didn't come to free us from pain. He came to give us the strength to bear it.
  • Whoever looks for the truth deserves punishment for finding it.
  • Na końcu filmu pojawia się przysłowie hiszpanskie: "Pues cuando ardió la perdida reverdecieron sus maizales" ("for when the loss burned, their cornfields became green again.")
  • Film został prawie w całości nakręcony kamerą z ręki
  • Oficjalna strona filmu: http://focusfeatures.com/film/21_grams
  • Naomi Watts przyjęła rolę, nie przeczytawszy scenariusza
  • W USA film otrzymał oznaczenie R za dosadne treści erotyczne, przedstawienie przemocy i narkotyków
  • Autorem scenariusza jest Gullermo Arriaga, twórca takich opowieści jak "Amores perros" czy "Babel" http://www.stopklatka.pl/artykuly/artykul.asp?wi=59726

piątek, 15 lipca 2011

Harry Potter i Insygnia Śmierci II / Harry Potter and the Deathly Hallows Part II

Seria "Harry Potter" to filmy, z których trudno pisać recenzje, bo nie ma po co. Zwłaszcza, jeśli chodzi o tę najbardziej widowiskową, czyli tak zwany "epicki finał". Sceptycy i konserwatyści będą dalej zarzucali im szatańskie inspiracje, a zagorzali zwolennicy i tak będą w czarodziejskich szatach koczować w gigantycznych kolejkach w środku nocy przed kinem, w oczekiwaniu na pokaz przedpremierowy. Część ostatnia nie zawodzi pod względem efektów specjalnych i o nie właśnie tutaj chodzi, bo fabułę zainteresowani znają. Ogółem, film stanowi godne i satysfakcjonujące zakończenie serii. O wiele bardziej doniosły jest chyba fakt, iż to naprawdę KONIEC (nie ma furtki dla kontynuacji, chyba, że będą to dzieci głównych bohaterów, które w filmie się pojawiają). Fakt o niemałym znaczeniu, szczególnie dla osób, które na serii się wychowały. Poniżej linki do artykułów i rankingów podsumowujących te wszystkie lata (wersja ENG):

Naznaczony [Insidious]

Ruszyły właśnie pokazy przedpremierowe "Naznaczonego", konsekwentnie firmowanego pod egidą twórców "Piły" i "Paranormal Activity". Mimo mojej wielkiej słabości do filmów grozy, rzec muszę kilka słów prawdy na temat filmu. 

Otóż, tak usilna promocja nie byłaby konieczna, gdyby obraz bronił się sam, a powinien, bo w zasadzie z krwawym horrorem o psychopatycznym mordercy czy opowieści o nawiedzonym domu niewiele ma wspólnego. Chociaż do tego drugiego znacznie mu bliżej. I to praktycznie może być jedynym elementem zaskoczenia w filmie, a mianowicie, że chodzi o inny rodzaj nawiedzenia. Niby nowe opakowanie, jednak w środku w miarę zgrabna układanka ogranych motywów, wśród których znajdziemy inspiracje hiszpańskim i azjatyckim kinem grozy, a także wierzenia ludowe i seanse spirytystyczne.

"Naznaczony" utrzymany jest w niepokojącym klimacie, ale środki jakimi się posługuje, są krótkotrwałe. No i momentami zjawy stają się zbyt oczywiste. Nawet dosyć zaskakujące w zamierzeniu twórców zakończenie traci swoją siłę, bo opiera się na motywie znanym z "Shutter. Widmo", a poza tym jest do pewnego stopnia przewidywalne. To tak jak układanie wieży z klocków, które doskonale znamy. Próbujemy stworzyć coś nowego, ale zawsze wychodzi tak samo.


If there's the Devil, then there must be God too


Filmy, a zwłaszcza horrory noszące nazbyt oczywisty tytuł, wyglądają podejrzanie. "Diabeł" natomiast pozytywnie zaskakuje, przynajmniej na tyle, na ile może, więc na lekki wakacyjny seans w zupełności wystarczy. Wprowadzeni w odpowiedni nastrój cytatem biblijnym, spotykamy pięcioro ludzi, którzy wsiadają do tej samej windy. Mechanizm zacina się i po kilku minutach staje się jasne, że te tak skrajnie różne osoby, każda o zupełnie innej przeszłości, będą musiały spędzić ze sobą w tym klaustrofobicznym pomieszczeniu co najmniej kilka godzin, dopóki nie nadejdzie (nie bez przeszkód, rzecz jasna) pomoc z zewnątrz. Z tym, że jedna z tych osób sprytnie swoją tożsamość maskuje... I jak w tym wszystkim umieścić diabła, żeby nie było groteskowo? Trzeba obejrzeć, a warto...

wtorek, 12 lipca 2011

Melancholia: Nasz koniec będzie piękny (?)

O "Melancholii" przemyśleń kilka, czyli dlaczego warto zobaczyć chociaż film specyficzny jest:

* Zdecydowanie mniej przejrzysty i wielowarstwowy w odbiorze niż "Dogville", ale prostszy i mniej prowokacyjny niż "Antychryst"
* Doskonała oprawa muzyczna, tworząca niepowtarzalny klimat: podniosłość chwili lub momenty niepokoju
* Cytaty malarskie w postaci odrealnionych obrazów stanowiące kontrast do pozostałych, naturalistycznych scen (kamera z ręki), pewnie jeszcze pozostałość przykazań dogmy 94
* Psychologicznie przemyślane kreacje aktorskie
* Nad tekstem scenariusza natomiast nie trzeba długo rozważać; dialogi w przeważającej części bazują na emocjach
* Montaż mógłby być bardziej sprawny (czyt. niektóre momenty kwalifikują się do dłużyzn)

piątek, 8 lipca 2011

Tożsamość (Unknown)

Wbrew pozorom, w dzisiejszym kinie niełatwo o dobre kino rozrywkowe. Szerokie możliwości realizacyjne pozwalają scenarzystom na popuszczenie wodzów fantazji, a specom od efektów specjalnych na przeniesienie na ekran niemal każdego pomysłu reżysera. Ale widz staje się coraz bardziej wymagający, a tak misternie wykoncypowane scenariusze jak "Incepcja" można bezpiecznie nazwać rozrywką dla wtajemniczonych albo po imieniu - przerostem formy nad treścią. 
Miłym i intrygującym zaskoczeniem była dla mnie dlatego "Tożsamość" (goszcząca niedawno na ekranach), mimo iż nie jestem entuzjastką tego gatunku. Fabule można zarzucić nieliczne niedociągnięcia, ale intryga utrzymana jest na odpowiednim poziomie do samego końca. Nie jest to film o skradzionej tożsamości w stylu "Złodzieja życia". Mamy za to wysmakowaną mieszankę kina akcji podobnego do "Salt" i manipulacji rzeczywistością, co na pewno przypadnie do gustu zwolennikom "Matrixa" czy "Władców umysłów", choć "Tożsamość" niewiele z nimi ma wspólnego.

niedziela, 26 czerwca 2011

SUPER 8 - i wiesz, o co c'mon...


Czasem mam pokusę myśleć, że Amerykanom wybacza się tyle z uwagi na sam fakt, iż są w stanie robić sprawne filmy. I widowiskowe. Jednak nie od dziś wiadomo, że rzadko kiedy "kinowość" jest obiektywną miarą wartości treści. "Super 8" udało się uniknąć uprzedzenia z mojej strony, bo zwiastun nie zdradza wiele, a i enigmatycznie streszczona do słów "Grupa dzieci kręci na taśmie 8 mm film; są świadkami katastrofy pociągu towarowego, od czasu której w mieście dochodzi do niewytłumaczalnych zjawisk" fabuła nie daje szerokiego pojęcia o całości. Czyli trzeba obejrzeć.

I przyznać trzeba, że przez dłuższy czas film nie zawodzi. Dobrze zmontowane sceny, dialogi z niewymuszonym humorem, fantastycznie naturalne dzieciaki (np. Ellen Fanning). Problemy zaczynają się na końcu, czyli im bliżej finału, tym więcej Spielberga w Spielbergu, choć on miał być tylko producentem, ale skoro jego nazwisko postanowiono wyróżnić na posterze, niech i jemu stanie się zadość. To co miało szansę być realistyczną i niesztampową fabułą, rozłazi się w szwach szytej grubymi nićmi efektów specjalnych fikcji, która ma ambicję jeszcze dobrym amerykańskim zwyczajem pouczać nas o roli przyjaźni i miłości w naszym życiu. Szkoda też, że pewne elementy stają się nazbyt oczywiste, ale przynajmniej twórcy filmu postarali się, by były one trzymane w tajemnicy najdłużej jak się da

Ale za to film do końca (prawie) w napięciu trzyma. I daje wizualną satysfakcję. Jak na przykład scena katastrofy pociągu - dla niej warto wykosztować się na bilet.

sobota, 25 czerwca 2011

Nie-weekendowy relaks: The Girl Next Door

 Do "The Girl Next Door" podchodziłam z pewną niechęcią i dozą nieufności. Dość sztampowy tytuł, przywodzący na myśl pewną komedię romantyczną klasy D, a ponieważ jest to horror, to historia zapewne jakich wiele, okraszona soczystymi scenami okrucieństwa na niewinnych istotach niecnie zwabionych do jakichś mrocznych miejsc. Nic bardziej mylnego. 

Film ten wciąga sprawną i poprawną narracją, zapowiadając niezobowiązującą historię, jednak wrażenie finalne jest wprost proporcjonalne do początkowej prostoty obrazu. Lata 50., błogie przedmieścia Ameryki. Po utracie rodziców w wypadku samochodowym Meg i Susan trafiają do swoich trzech kuzynów i ciotki Ruth, psychopatycznej socjopatki, której nienawiść do mężczyzn za jej nieudane związki znajduje ujście w sadystycznych zapędach.

Film wprawia w osłupienie, które długo potem jeszcze nie ustępuje. Oczywiście, nie polecałabym seansu osobom przywykłym do bardziej sielankowych obrazów, mimo iż Gregory Williams nie postawił na epatowanie przemocą i drastycznymi scenami. Reżyserowi udało się w rzadki sposób wykorzystać siłę sugestii tak, że o wiele bardziej niż to co widzimy przeraża to, co słyszymy. Tym bardziej, że scenariusz został oparty na prawdziwej historii morderstwa Sylwii Likens, opisanej przez Jacka Ketchuma. Miażdżąca dekonstrukcja jednego z amerykańskich mitów. Jak dla mnie, jeden z tych filmów, który spokojnie może być porównany z maestrią "Funny Games" Hanekego.
Oby nikt nie musiał słyszeć słów "It's what you do last that really counts" w takiej sytuacji jak bohater "The Girl Next Door".

piątek, 1 kwietnia 2011

"W" magazine - Oscarowa sesja

Są takie momenty, które warto uwieczniać. Artystyczna sesja wyjątkowych aktorów roku 2010.



Natalie Portman, Black Swan

Jesse Eisenberg, The Social Network


Justin Timberlake &Andrew Garfield, The Social Network
Helen Bonham Carter, The King's Speech
Julianne Moore, The Kids Are All Right
Nicole Kidman, Rabbit Hole
Mila Kunis, Black Swan
Colin Firth, The King's Speech

środa, 29 grudnia 2010

„Mr. Nobody”, czyli jak zjeść ciastko i mieć ciastko

„Dopóki nie dokonasz wyboru, wszystko jest możliwe. Ale gdy już wybierzesz, nie ma odwrotu”. Czyli o tym, jak pogodzić ze sobą wewnętrznie sprzeczne zdarzenia i przeżyć alternatywne wersje własnego życiorysu.

Wyobraź sobie siebie na rozstaju dróg: przed tobą trzy ścieżki, każda wiedzie w innym kierunku. Każda z nich niesie ze sobą nowe możliwości, a jednocześnie ograniczenia w porównaniu do pozostałych. Wybierasz tę, którą podpowiada ci intuicja? Doskonale. Tak działamy w większości przypadków. Nawet najlepiej opracowane drzewko decyzyjne nie jest w stanie przewidzieć, jakich możliwości się pozbawiamy, dokonując danego wyboru oraz tego, czy dałoby się zmienić bieg wydarzeń, podejmując inną decyzję. I całe szczęście: dzięki temu jeszcze nie zwariowaliśmy.

Grany przez Jareda Leto Nemo Nobody (oba człony znaczące, jako że są to odpowiedniki słowa „nikt” w języku łacińskim i angielskim) budzi się pewnego dnia jako najstarszy człowiek na ziemi. Cały świat, złożony z istot, które osiągnęły nieśmiertelność dzięki odnowie komórek w procesie telomeryzacji, oczekuje teraz na spektakularny moment odejścia ostatniego śmiertelnika.

Tymczasem Nemo twierdzi uparcie, że ma 34 lata. Żyje u boku swojej żony Elise, a może Anny...? Pamięta rozwód rodziców i to jak zamieszkał z ojcem, a może matką? Opowieść Nemo jest tak fascynująca nie dlatego, że pokazuje, iż wszystko jest możliwe do osiągnięcia, ale to, że wszystko może się zdarzyć. Pozornie sprzeczne wydarzenia z życia, kiedy świat był jeszcze pełen przypadkowości (i przez to piękny), układają się po sobie kolejno jak klatki filmowe, może chaotycznie, ale wokół wspólnej osi, połączone siecią wzajemnych punktów odniesienia. Reżyser Jaco Van Dormael potrzebował ponad dwóch godzin (a jego film wcale nie ustępuje blisko czterogodzinnej „Magnolii” P. T. Andersona, w której jeden dzień z życia bohaterów, to jakby całe życie), by stworzyć obraz po prostu piękny; życie, z którego co prawda wymazano plamy nudy, ale które w choćby najmniej pozornych swych przejawach oddaje piękno egzystencji dynamicznej. Odpowiada za to właśnie ten element przypadkowości, którego pozbawiły się przyszłe pokolenia, ta prosta koincydencja, która sprawia, że w danej chwili łączą się dwie komórki, z których powstaję ja. Czy słyszałeś kiedyś o efekcie motyla? O mojej przyszłości przesądziła ta nieoczekiwana kropla deszczu, która właśnie spadła z nieba, bo gdzieś daleko ktoś gotował jajko na śniadanie, zamiast być w pracy. A wszystko przez to, że stracił pracę w fabryce, bo ja nie kupiłem tych dżinsów.

Plastycznie zmieniające się obrazy oprawione prostą i znaną, lecz w tym kontekście jakże fenomenalną muzyką to nie jedyny atut filmu. Wśród rozważań czysto futurologicznych i filozofii przypadku czy wyboru w naszej egzystencji pojawia się metafora życia jako partii szachów i konstatacja, że czasami najlepszy ruch to brak ruchu – tzw. Zugzwang, czyli sytuacja, w której jakakolwiek decyzja gracza pogarsza jego sytuację.

„Mr. Nobody”, chociaż misterny w swej strukturze, nie wkracza na tereny dotąd kinematografii nieznane. Momentami przypomina mitologiczną wręcz opowieść życia snutą przez bohaterkę na łożu śmierci w „Ciekawym przypadku Benjamina Buttona” Finchera czy wspomnianą już „Magnolię” w swej mozaikowej strukturze. Z kolei koncepcja paralelnych ciągów wydarzeń przywodzi na myśl „Źródło” Aronofskiego, a rozważania na temat celowości naszego istnienia stanowią echa podjętej tematyki w dosyć skomplikowanym do interpretacji „Donnie Darko”.

W niczym jednak nie zmienia to faktu, że „Mr. Nobody” jest miłą odmianą od filmów poniżej klasy B, jakie obecnie mamy do wyboru. A czasami możliwość wyboru to brak wyboru.