Zanim powstała "Niebezpieczna metoda", Cronenberg już eksperymentował z kontrowersyjnymi tematami. "Videodrome" to jeden z filmów demaskujących podległość człowieka wobec kultury, którą stworzył, a zwłaszcza wartości medium, któremu sam dał życie: telewizji.
Produkcja wpisuje się pośrednio w krąg tematyki poruszanej np. w "Tesis" Amenabara czy "Benny's Video" Hanekego: przemocy w mediach oraz problemu tzw. "snuff movies", czyli jak niewielka jest różnica między przekroczeniem dobrego smaku a człowieczeństwem.
linki:
Wiki
Videodrome - Klub Miłośników Filmu
Na zdrowy rozsądek nie ma tu miejsca, więc
widza nietypowy klimat od razu zniechęca bądź szybko fascynuje, przy
czym na obojętność raczej nie ma tu miejsca. „Videodrome” z 1983 roku
jest nie tylko doskonałym wprowadzeniem w twórczość Kanadyjczyka, ale i
błyskotliwym (jeśli w ogóle można użyć słowa „błyskotliwy” omawiając
kino Cronenberga) paszkwilem na media światowe, które na początku lat
80. bezczelnie zadomowiły się w kręgach władzy. W tytule tej recenzji
widnieją słowa Marshalla McLuhana, dla którego media są przekazem, bo
media właśnie poddają człowieka obróbce, mamią zmysły i intelekt nadając
treść wypowiedziom płynącym z telewizora, radia czy prasy. Oczywiście
McLuhan uważa, w przeciwieństwie do Cronenberga, że człowiek może
wspaniale wykorzystać media, dla jego dobra, wszak „globalna wioska” to
tak szlachetne zjawisko. „Videodrome” to jednak przerażające ekstremum
tezy medium is the message.
(fragment, Rafał Oświeciński - DESJUDI, http://www.film.org.pl/prace/videodrome.html)
Jest trochę fikcji w twojej prawdzie i trochę prawdy w twojej fikcji
poniedziałek, 21 listopada 2011
środa, 26 października 2011
Kinowy horror vacui
W Halloween wypada się bać, nawet jeśli ktoś za horrorami nie przepada. Specjaliści od marketingu okazję tę skrzętnie wykorzystują i pod koniec października repertuary kinowe bogatsze są o pozycje, które mają wprowadzić nas w odpowiedni nastrój.
W zeszłym tygodniu premierę miał "Dom snów" oraz trzecia część niskobudżetowej żyły złota "Paranormal Activity"; w ten piątek zaś na ekrany wchodzi "Sanktuarium 3D".
Poniżej link do artykułu na filmweb.pl poświęconego tej tematyce:
oraz zapowiedź weekendu grozy i horrorów w Multikinie:
piątek, 21 października 2011
Smaki węgierskie w TVP Kultura
Od przyszłego tygodnia TVP Kultura codziennie o godzinie 21.00 będzie emitowała dzieła złotej epoki kina węgierskiego. Gratka dla wielbicieli kina narodowego. Serię otworzą "Desperaci" Jancso.
Druga połowa XIX w. Na Węgrzech łapanka powstańców Lajosa Kossutha, którzy osadzeni w zamienionych w więzienia fortach zostają poddani wymyślnym torturom psychicznym.
Jancso „Desperatami” rozpoczął swój triumfalny podbój europejskiego kina. Po raz pierwszy w karierze zrezygnował z klasycznie pojętej fabuły, film sprowadził do serii epizodów - przepięknych
wizualnie, szlachetnie zrytmizowanych, ale powiązanych ze sobą w dość
swobodny sposób.
W warstwie światopoglądowej zaakcentował refleksję
historiozoficzną, koncentrując słabego i zniewolonego bohatera z
instytucjami społecznymi i ideologią. Pesymizm Jancso wyrastał właśnie z
przekonania, że siła charakteru i dbałość o moralny rygoryzm musza
przegrać z mechanizmami władzy i aparatem bezpieczeństwa. W
„Desperatach” wrogiem jednostki byli odziani w czarne peleryny oprawcy,
będący prekursorami - tak typowych dla XX w. - śledczych i obozowych
nadzorców. Podsycali antagonizmy, wprowadzali do przesłuchań emocjonalny
szantaż i odzierające z godności fizyczne upokorzenia. Na pozór po to,
by zniszczyć psychicznie i przerobić ideologicznie. a tak
podporządkowanego sobie człowieka wysłać na śmierć. W rzeczywistości -
raczej dla samej gry, upajania się władzą i czerpania przyjemności z nadrzędności wobec więźnia.(z: tvp.pl)
czwartek, 20 października 2011
Bractwo Strażników Ciemności (Sentinel) 1977
Lata 70. to szczyt rozwoju brytyjskiego kina grozy. To także czas fascynacji tematem satanizmu, jak choćby w przypadku osławionego "Egzorcysty" czy "Omenu". Choć większość pozycji dzisiaj trąci myszką, to jednak zachowują swoisty urok, niczym powieści Daphne du Maurier.
Nowojorska modelka nazwiskiem Alison Parker (Cristina Raines) ma
kochającego narzeczonego, ale ceni sobie niezależność i szuka
samodzielnego mieszkania. Decyduje się na piękny, choć ponury apartament w starym budynku. Wkrótce po
przeprowadzce bohaterka zaczyna odczuwać dziwne dolegliwości:
bóle, bezsenność, halucynacje. W
widzeniach Alison przeżywa ponownie swoją nieudaną próbę samobójczą.
Na domiar złego sąsiedzi okazują się
ludźmi nad wyraz uciążliwymi; to galeria oryginałów i dziwaków, którzy
na różne sposoby stale niepokoją bohaterkę. Alison skarży się na
sąsiadów agentce nieruchomości, ta jednak upiera się, że oprócz samej Alison i niewidomego księdza z ostatniego piętra w budynku nikt
więcej nie mieszka. Wszystko wskazuje na to, że osobliwi lokatorzy skrywają tajemnicę, a klucz do niej zna jedynie milczący duchowny...
MICHAEL WINNER znany jest przede wszystkim jako twórca klasycznego filmu sensacyjnego "Życzenie śmierci" oraz jego sequeli. W "Bractwie strażników ciemności" reżyser pokazał, że doskonale radzi sobie również z horrorami. Nakręcony na podstawie bestsellerowej powieści grozy Jeffrey'a Konvitza, film Winnera zawdzięcza wiele "Dziecku Rosemary" Polańskiego. Mimo że film postarzał się z upływem lat, wciąż jest w stanie spędzić wielu sen z powiek... (zaadaptowane z: alekino.pl)
MICHAEL WINNER znany jest przede wszystkim jako twórca klasycznego filmu sensacyjnego "Życzenie śmierci" oraz jego sequeli. W "Bractwie strażników ciemności" reżyser pokazał, że doskonale radzi sobie również z horrorami. Nakręcony na podstawie bestsellerowej powieści grozy Jeffrey'a Konvitza, film Winnera zawdzięcza wiele "Dziecku Rosemary" Polańskiego. Mimo że film postarzał się z upływem lat, wciąż jest w stanie spędzić wielu sen z powiek... (zaadaptowane z: alekino.pl)
Linki do recenzji i analiz (Links - reviews and analyses in English):
Dyskretny urok detalu – spotkanie z Peterem Weirem
Ot, moja reminiscencja z 7 kwietnia...
Nie
lubi generalizować i naginać prawdy. Wszystko, do czego się
zabiera, musi być dopracowane w najmniejszym szczególe. 7 kwietnia
2011 roku, tuż przed polską premierą swojego najnowszego filmu
„Niepokonani”, Peter Weir, wielki marzyciel kina australijskiego,
opowiadał o zapomnianym radzieckim sierpie, kaprysach Hitchcocka i
zagadce Wiszącej Skały.
„To,
co ludzie uważają za fantazję, często jest faktem,
natomiast
fakty bywają uznawane za fantazję.
Wszystko
jest sprawą punktu widzenia”.
Peter
Weir
Peter
Weir jest legendą sam w sobie; wiele z jego filmów zalicza się do
kanonu klasyki filmowej. Niejedna osoba, mając wybudowany taki
pomnik za życia, spoczęłaby na artystycznych laurach. Ale skandale
ani kontrowersje nie są obiektem zainteresowania Weira. Spotkanie w
Gazeta Café
w siedzibie Agory przy ulicy Czerskiej rozpoczęło się punktualnie
o godzinie 15; reżyser, przy pomocy tłumacza cierpliwie, a zarazem
z ożywieniem odpowiadał na pytania Remigiusza Grzeli. A każde
niemal jego słowo dawało zaczątek nowej historii czy anegdocie,
które przekształcały się w niby mityczną opowieść.
Przeprawa
w niemożliwe
Na
początku pojawiały się głównie pytania dotyczące najnowszej
produkcji – słowa tego używam świadomie, gdyż, jak wielokrotnie
podkreślał w wywiadach reżyser, film otrzymał dofinansowanie od
konkretnych sponsorów, którzy postawili warunek, by w filmie
wystąpili głównie znani aktorzy, mający być gwarantem
komercyjnego sukcesu. Stąd brak polskich aktorów w głównych
rolach. Weir nie krył, że sporą, lecz nie jedyną inspiracją przy
konstrukcji scenariusza była książka Stanisława Rawicza „Długi
marsz”, która opisuje podobną przeprawę. Kiedy jednak pojawił
się cień wątpliwości, czy aby na pewno Rawicz brał udział w
marszu czy tylko wkomponował relacje naocznych świadków w barwną
opowieść, reżyser, który z matczyną wręcz troskliwością
podchodzi do swoich filmów, postanowił zasięgnąć języka u
Francuza Cyryla Delafosse'a oraz u potomków osób, które spotkały
Polaków, którym udało się przejść przez Himalaje. Weir chciał
stworzyć opowieść o zwycięstwie, o niezłomności ducha i
pragnieniu życia, które pokonuje śmierć. Nie kolejną opowieść
z gatunku survival czy pean ku czci tych, którym udała się
spektakularna ucieczka, w której stawka była większa niż życie.
Albo kolejnej interpretacji historii, w której takie ideały jak
Bóg, Honor, Ojczyzna widziane są z perspektywy Amerykańskiego
ducha republikanizmu. W pewnym momencie reżyser spoważniał i z
właściwym sobie spokojnym, dobitnym tonem powiedział: „Chciałem
w tym filmie opowiedzieć pewną uniwersalną ludzką historię.
Wyjść poza historię Gułagu i zastanowić się nad
człowieczeństwem: co sprawia, że potrafimy iść naprzód wbrew
przeciwnościom, nawet gdy nie ma szansy na zwycięstwo”.
Spokój
na waszych twarzach
Wielkich
słów nie udało się uniknąć. Reżyser podkreślił, tak jak
robił to wielokrotnie, że „Polska wzbudza bardzo silne emocje”
oraz że fascynuje go fenomen naszego narodu. „Jak udało się wam
przetrwać i nie być zgorzkniałymi?” – pytał. Jeżeli są
rzeczy, których nie można Weirowi zarzucić, to na pewno spłycanie
sensu. Sam przyznał, że czytał wiele na temat historii Polski,
zwłaszcza XX-wiecznej, a w czasie zdjęć do filmu konsultował się
z Anne Applebaum w kwestii prawdy historycznej otaczającej Gułagi.
Jakże więc wiarygodnie w jego ustach brzmią słowa „Nawet podoba
mi się wasze narzekanie. Nie narzekają bowiem tylko ludzie ze
złamanym duchem”.
Moment
natchnienia
Mówi się, że reżyserem trzeba się urodzić. Rzadko
kiedy aktor zostaje dobrym reżyserem, gdyż wiąże się to z
zupełnie inną percepcją świata. Może być to drobny szczegół,
spojrzenie pod innym kątem albo konkretna wizja rzeczywistości,
którą kształtuje się na nowo według własnych zasad. Zapytany o
początki, Weir przyznał, że film powstawał stopniowo, jego idea
krystalizowała powoli się wokół pewnych stałych punktów. Jakby
chciał powiedzieć, że zarodek filmu powstał wiele lat temu i żył
sobie uśpiony, dopóki odpowiedni czas i natchnienie nie wydały go
na świat. Czyli, że każdy obraz jest trochę dziełem przypadku.
Jak każda istota ludzka. Weir nie mitologizował jednak
siedmioletniego okresu milczenia. „Pracowałem
nad trzema projektami, z których nic nie wyszło. Zresztą mam taki
styl, że jak dostaję jakąś propozycję od razu mówię -- nie.
Kiedy temat do mnie wraca, kiedy zaczynam o nim myśleć w
samochodzie czy na zakupach wtedy w panice dzwonię do mojego agenta
i pytam, czy to się jeszcze da odkręcić. Tak było i z tym
filmem”. – mówił.
Zagadka
dla zagadki samej
Ale
Weir nie poprzestał tylko na wyjaśnieniu istotnych, acz formalnych
kwestii dotyczących miejsca kręcenia filmu i tego, czy pustynia
Gobi to rzeczywiście Gobi. Jego opowieść szybko przerodziła się
w fascynującą historię życia, w którym prawda nosi znamiona
wręcz filmowej baśniowości, by nie powiedzieć fikcji. Uśmiech na
twarzach słuchaczy wywołały liczne anegdoty dotyczące
młodzieńczych doświadczeń reżysera, gdy uczył się zawodu
(chociaż Weir nie lubi tego określenia, bo według niego reżyserii
nie można się nauczyć) u samego mistrza – Alfreda Hitchcocka,
który jest taką legendą, że wielu nie spodziewa się nawet, by
żyły jeszcze wśród nas osoby, które miały z nim bezpośredni
kontakt. Weir chętnie dzielił się swoimi doświadczeniami
związanymi z warsztatem reżyserskim. Mówił: „Nie szukam
scenariusza doskonałego, przeciwnie – często pytam wytwórnie,
co mają w szufladach <<pękniętego>>. W taki tekst
trzeba włożyć wysiłek. A to mnie właśnie najbardziej
interesuje. Kiedy robiłem Piknik
pod wiszącą skałą
bardzo ryzykowałem - w tym filmie jest zagadka, ale nie ma
rozwiązania. Nie chciałem, by widzowie byli niezadowoleni, że
film nie ma <<zakończenia>>. Musiałem zrobić go tak,
by widz od rozwiązania zagadki bardziej cenił ją samą”. I
trzeba przyznać, że to mu się udało. Rzadko który bowiem reżyser
potrafi roztaczać aurę tajemniczości wokół swoich filmów w tak
intrygujący sposób. Na bezpośrednie pytanie jednej z osób z
publiczności, co stało się z dziewczętami z Pikniku
pod wiszącą skałą,
Weir bez wahania odpowiedział z rozbrajającym uśmiechem: „Nie
wiem”.
Mistrz
subtelnego uroku
Weir
należy niewątpliwie do reżyserów starej daty, którzy nieustannie
rozglądają się bacznie dookoła i potrafią w nawet najmniejszych
przedmiotach znaleźć inspirację do sporej części fabuły filmu.
Wspominał, że podczas jednej ze swoich podróży do Rosji natrafił
na stary symbol sierpu i młota. Powiedziano mu, że była to
ostatnia rzecz, jaką widzieli skazańcy wchodzący do pomieszczenia,
w którym odbywały się egzekucje. Kiedy zapytał o cenę, miejscowi
machnęli ręką i podarowali mu przedmiot jako bezwartościowy
bibelot. Weir zdradził, że sierp ten pojawia się w jednej ze scen
w „Niepokonanych”, ale w tle, jako subtelny talizman.
Na
pytania publiczności Weir odpowiadał długo, ale jego odpowiedzi
wciąż pozostawiały niedosyt. A przecież w jednym z wywiadów sam
powiedział, że zawsze starał się robić wszystko tak proste jak
to tylko możliwe. „Moim celem było upraszczanie, co jest moim
naturalnym pragnieniem. To fascynujące, gdy trzy lub cztery ujęcia
mogą pokazać całą miłość. Myślę, że na tym polega
korzystanie ze zdobytego doświadczenia – że można upraszczać”.
Czyżby hitchcockowska dewiza, że film to życie, z którego
wymazano plamy nudy? A może tylko kokieteria czarodzieja?
sobota, 8 października 2011
Noce Cabirii/ Le notti di Cabiria (1957)
Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów Felliniego, przewyższający poziomem artystycznym nawet słynną <<La Stradę>>. Słodko-gorzka opowieść o życiu widzianym oczyma kobiety poniżonej.
Cabiria (Giulietta Masina) jest prostytutką. Niezbyt urodziwa i
rozgarnięta, bezlitośnie wykorzystywana przez mężczyzn. Nieustannie żyje marzeniami o wielkiej, romantycznej miłości. Mimo licznych rozczarowań, żywi wciąż nadzieję, że ktoś
obdarzy ją bezinteresownym, czystym uczuciem. Nie zraża jej, że
jeden z rzekomych adoratorów gotów był dla zawartości torebki zepchnąć
ją do rzeki, nie zniechęca jej również upokorzenie, jakim kończy się
wycieczka w świat luksusu, gdy za dobrą monetę przyjmuje zaloty filmowego
gwiazdora i zaproszenie do jego eleganckiej willi.
Pewnego dnia Cabiria poznaje mężczyznę, który okazuje jej względy i czułość, jakich dotąd nie zaznała. Dla D`Onofrio (François Périer) jest w stanie znów poświęcić wiele, a przynajmniej to, co ma... (adapted from Filmweb)
***
Fellini spełnił swoje marzenie, tworząc film o szalonej, żyjącej w
świecie fantazji dziewczynie. Stworzył postać prostytutki, która pomimo
swego zawodu jest czysta, niemal aseksualna, zahipnotyzowana swoim
wielkiem pragnieniem zmiany. Cabiria kocha największego amanta ekranu i
wierzy, że ta miłość ją wybawi. Mimo to cała historia to zapis
okrucieństw jej kochanków i klientów. Upokorzona jak pies przez sławnego
aktora udaje się na pielgrzymkę do Madonny Miłości Bożej. Chce, aby
stwórca zamienił ją w anioła, jednak Miłość Boża okazuje się iluzją...
Noce Cabirii są filmem perfekcyjnie wyważonym. Ani śladu
moralizatorskiej retoryki. Żadnych fałszywie brzmiących, sentymentalnych
wtrętów. Fellini z absolutną swobodą operuje językiem kina. Realizując film - powie - trzeba odnaleźć moment równowagi między własną ideą a sugestiami rzeczywistości.
Tytułowa Cabiria jest chyba najbardziej przejmującą, najpełniej
zarysowaną z Felliniowskich postaci. Poczęta z ducha Gelsominy, w
porównaniu z nią mniej jest symbolem, bardziej człowiekiem. Za
natchnienie posłużyła poznana w ruinach rzymskiego akweduktu prostytutka
Wanda.
Maria Kornatowska, FelliniSzaleństwo cię wybawi ? (part 2)
Artystyczny
szał
„Sekretne
okno” („Secret Window”, 2004) nakręcone na podstawie
opowiadania Stephena Kinga przedstawia z kolei pisarza o
dysocjacyjnej osobowości, którego zaburzenie to prowadzi do obłędu,
manii prześladowczej, a w efekcie do zamordowania własnej żony i
jej partnera. Zupełnie inny poziom interpretacji proponuje Giuseppe
Tornatore, zapraszając widza do swoistego dantejskiego czyśćca w
filmie „Czysta formalność” („Una pura formalità”,
1994). W pewną deszczową noc w mrocznym komisariacie na odludziu
toczy się przesłuchanie w sprawie morderstwa. Podejrzany
przedstawia się jako Onoff – genialny pisarz. Jednak ani jego
fizyczność (wspaniały Gérard
Depardieu), ani niespójne zeznania nie przemawiają na jego korzyść,
a tym bardziej nie prowadzą do prawdy. Obraz ten jest jednym z
najdoskonalszych thrillerów psychologicznych jakie kiedykolwiek
powstały. Film nieoczywisty przy pierwszym odbiorze, został
przyjęty przez publiczność z mieszanymi reakcjami. Tornatore z
właściwą sobie wirtuozerią łączy wątek szaleństwa, utraty
pamięci, skradzionej tożsamości, winy i kary. Dotyka cienkiej
linii między rzeczywistością a fikcją. Podobnie jak w
opowiadaniach Kafki, wina spada na bohatera znikąd – jest on
marionetką w rękach nieznanych sił. Do czasu, gdy pamięć
powróci...
Niemoralna
terapia
Osobliwe podejście
do swoich postaci ma jeden z najbardziej wymagających twórców kina
„moralnego niepokoju” Michael Haneke. Reżyser, z wykształcenia
psycholog, bezlitośnie, ale nie z sadystycznym voyeuryzmem, obnaża
swoich bohaterów w sytuacjach życia codziennego, stawiając pytania
o bezmyślną przemoc, powierzchowność wzajemnych relacji – brak
znajomości kodu porozumienia z drugim człowiekiem. W jego filmach
stosunki między postaciami nigdy nie są biało-czarne. Każdy
dźwiga swoją winę – czasem jest to po prostu obojętność,
bierne uczestnictwo w zbrodni i brak przeciwdziałania złu.
„Nie
uważam psychologii za czynnik konieczny. Mam na myśli psychologię
wyjaśniającą, która daje zawsze efekt uspokajający. Nie lubię w
kinie i sam nigdy nie posługuję się wyjaśnieniami typu: ktoś coś
zrobił, bo w dzieciństwie mama go niedostatecznie kochała. Nie
interesuje mnie ten rodzaj psychologii, która sprawia, że widz
opuszcza kino zadowolony, w przekonaniu, że ta historia jego nie
dotyczy, nie jest jego historią. Uważam, że trzeba zmusić widza
do szukania własnego wyjaśnienia, własnej interpretacji”–
twierdzi reżyser. Tym bardziej zasadne staje się więc dotyczące
filmu „Ukryte” („Caché”,
2005) pytanie o sens śmierci Majida oraz wspólną przeszłość
jego i Georgesa, który usilnie broni do niej dostępu. Zwłaszcza,
że pod drzwiami znajduje taśmy, na których rejestrowane jest życie
jego rodziny.
Przed dylematem
stają również Arthur i Norma Lewis („The Box. Pułapka”,
2009), kiedy tajemniczy mężczyzna oferuje im pudełko z przyciskiem
w środku. Instrukcja obsługi brzmi jak ultimatum: mogą nacisnąć
guzik i otrzymać milion dolarów, ale w tym samym momencie ktoś
umrze lub zwrócić przedmiot po 24 godzinach i zapomnieć, że to
wydarzenie miało kiedykolwiek miejsce. Reżyser Richard Kelly nie
miał ambicji tworzyć głębokiego studium psychologicznego, jednak
film stawia człowieka przed niewygodnym pytaniem o granice
moralności, a zarazem o możliwość usprawiedliwienia swoich
czynów. Kino zdaje się nas uczyć, że przeznaczenie nie istnieje.
Są tylko dobre i złe wybory. Parafrazując słowa Sartre'a, żyć
możemy w poczuciu, że jesteśmy wolni lub niewolni. Wybór należy
do nas.
Zbaw
mnie ode złego?
Zbrodnia
i kara nie są dla kinematografii niczym nowym, a karmiące się nimi
szaleństwo jest ulubionym tematem najwybitniejszych reżyserów.
Ciekawe, że elementy te zaskakująco często tworzą triadę, która
od upadku i grzechu prowadzi, w zależności od intencji, do
symbolicznego odkupienia lub potępienia. Niezależnie od przekonań,
wszyscy funkcjonujemy w tym samym uniwersum i czy tego chcemy czy
nie, wspólnie przeglądamy się w Bergmanowskim zwierciadle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
